Nieco ponad 2 tygodnie temu byłem na mojej ulubionej nocnej imprezie na orientację – XXXVII Manewrach SKPT.
Jako, że postawiłem sobie za cel, że któregoś dnia stanę na podium trasy ekstremalnej trzeba było zwiększyć długość trasy jakie wybieram – tym razem nie poszedłem na trasę zaawansowaną lecz na nieco dłuższą trasę bardzo trudną 2 o wdzięcznej nazwie „Z dwojga złego lepiej w tę stronę”. O tym jak mi poszło oraz jakie błędy popełniłem przeczytacie w poniższym tekście
Rumia
Ogłoszenie miejsca startu w przeciwieństwie do ostatniej imprezy zastało mnie w pracy – zadzwonił do mnie Piotrek i tubalnym głosem oznajmił, że tym razem manewry odbywają się w Rumii. Spoko – pomyślałem, blisko i nawet znam te tereny (już kiedyś była tu impreza SKPT), tak samo jak i poprzednio bazą imprezy było gimnazjum nr 4. Błędne okazało moje myślenie, że impreza pójdzie łatwo i szybko. Wszystko dlatego, że mój największy błąd podczas imprezy popełniłem dużo wcześniej niż się zaczęła – poprzedniej nocy spałem 4 godziny co jak się później okazało miało duży wpływ na osiągnięty wynik.
Gdzie jest ta szkoła!? PK1
Tuż po przywitaniu się w bazie ze wszystkimi znajomymi ruszyłem na trasę. Jakie było moje zdziwienie, gdy w poszukiwaniu trójkąta oznaczającego start po prostu go nie znalazłem. Szybko jednak znalazłem szkołę oznaczoną skrótem „szk”, a potem ruszyłem w kierunku punktu kontrolnego 1 dochodząc do skrzyżowania z transformatorem (1) potem w prawo na północny zachód aż do mostu (2), by ostatecznie dojść do krawędzi lasu, oraz wielkiej góry. W las wbiłem się drogą, która szła do góry wąwozem (3). Po pokonaniu wciętej w teren drogi oraz charakterystycznego rozwidlenia wąwozu (a zarazem drogi – 4) wbiłem się w poprzek poziomic przesieką ku punktowi. Na szczycie przywitała mnie istna plątanina dróg. Doszedłem do końca utwardzonej drogi, następnie na jej odbicie w lewo i już po krótkim schodzeniu punkt był mój.
Punkt Kontrolny 2
Wróciłem z powrotem na utwardzoną drogę i po szybkim zorientowaniu mapy wybrałem drogę idącą niemal idealnie na zachód, a potem pięknym łukiem skręcającą ku północy. Po drodze minąłem dwa kamienne drogowskazy (1,2). Doszedłem na bardzo charakterystyczne skrzyżowanie, gdzie spotkałem parę, której pokazałem miejsce naszego pobytu na mapie. (3) Nawiasem mówiąc, następnym razem wydrukuję ulotki z adresem strony i będę je chyba rozdawał na trasie. (Pozdrawiam, o ile to czytacie!). Po chwili ruszyłem dalej wybierając najbardziej pasującą drogę – czyli dalej na północ. Jednak nie na długo, bo już po chwili obiłem w drogę biegnącą „schodkami” w okolice PK2. Po ostatnim ostrym zakręcie zacząłem liczyć parokroki, by po chwili wyjść prosto na PK2. Tutaj warto było zgasić latarkę i na tle pochmurnego, aczkolwiek jasnego nieba wypatrzyć górę (nie była ona punktem, ale z pewnością był tam punkt stowarzyszony), która z kolei pomogła w wypatrzeniu przepłaszczenia terenu. Idąc w kierunku punktu i licząc parokroki szukałem drzewek na których zawieszony mogły być lampion. Po chwili stanąłem na właściwym według mnie przepłaszczeniu i ze zdziwieniem powiedziałem sam do siebie – Hm, tutaj powinien być punkt, coś jest nie tak. Punkt rzeczywiście był, tuż pod moimi nogami – metr ode mnie przypięty do… pieńka
PK 3 – drugi błąd
Droga z PK2 na PK3 wydawała się dość prosta i rzeczywiście taka była - ładna i twarda, idąca w dół do głównej drogi. Tutaj popełniłem mój drugi błąd – widząc dobrą jakość drogi i będąc pewny jej kierunku postanowiłem sobie kawałek przytruchtać w nadziei, że oszczędzę trochę czasu, który z pewnością przyda mi się pod koniec trasy. Tuż po skręceniu w prawo na skrzyżowaniu w kształcie Y(1) krzywo stanąłem i omal nie skręciłem kostki – uratowały mnie chyba tylko wysokie cholewki moich treków. Moje oszczędzanie bolało mniej więcej do PK 7 i zdecydowanie nie oszczędziło mi czasu. Nigdy nie będę już chyba samotnie biegał po lesie.
Po dojściu do głównej drogi, która okazała się już asfaltem (mapa aktualna inaczej, bez problemu odnalazłem pozostałości drogi wpadającej do asfaltu mniej więcej pod katem 20stopni (2). Złapałem azymut w kierunku małego wąwoziku którym wbiłem się niemal dokładnie na PK3. Wydaje mi się, że kiedyś SKPT postawiło w tym miejscu już punkt. Wyczulony więc na punkcie stowarzyszy spisałem kod lampionu z jedynego moim zdaniem słusznego miejsca.
PK4 – w górę i w dół
Droga z trójki była dość prosta. Szedłem na skuchę do drogi w wąwozie, nią zaś do drogi asfaltowej i w lewo. Szedłem prosto aż do lekkiego zakręcania drogi w prawo. Tutaj popełniłem błąd. Wydaje mi się, że natrafiając na szkółkę leśną mniej więcej w punkcie (1) skierowałem się na górę bardziej an południe. Nie wiedzieć czemu dostałem „zawiechy” i nie mogłem skupić się na mapie. Przyspieszyłem – to był dopiero 4 punkt.
Postanowiłem dać sobie jeszcze jedną szansę i zszedłem na dół, poszedłem dalej wzdłuż płotu szkółki leśnej i natrafiłem na skrzyżowanie, skąd już bez większych problemów wreszcie udało mi się znaleźć upragniony szczyt z dziewiątką. Na pochwałę zasługuje rzecz, którą robili inni uczestnicy. Otóż mierzyli ilość parokroków od nagłego spadku terenu do lampionu znajdującego się na szycie, co miało ostatecznie udowodnić, że to ten punkt, a nie stowarzysz.
PK5
Schodząc z czwórki zastosowałem podobny manewr jak przy schodzeniu z trójki. Tym razem szedłem na zachód do drogi w wąwozie, a nią na północ do głównej drogi. W okolicach skrzyżowania, na którym odbiłem na zachód spotkałem dwóch wędrowców z trasy turystycznej. Doszedłem do skrzyżowania (1) - uznałem, że najłatwiej dla mnie będzie zdobyć punkt od południa. W związku z tym powinienem przemieścić się na skrzyżowanie nieco na południe od mojego i nim wbić się na drogę, z której już bez większych problemów powinienem znaleźć punkt.
Problemy jednak były – popełniłem tutaj błąd którego chyba najbardziej się wstydzę podczas całej trasy. Poszedłem za daleko i wylądowałem nie na tym skrzyżowaniu, co chciałem (2). Potem, będąc dalej w błędzie, poszedłem na zachód. Zapytacie pewnie jak można się pomylić o taki kawał – ja też nie mam pojęcia. Co więcej tkwiłem w tym błędzie nawet po odnalezieniu przepustu z bajorkiem(2) (dokonałem tutaj nadinterpretacji zgromadzonej wody jako wody z roztopów i po prostu dużej kałuży) i przez godzinę szukałem punktu w ogóle nie w tym miejscu, co trzeba. W pewnym momencie postanowiłem dać spokój ze względu na czas, który mógł mi się przydać później. 5 -BPK
PK6 – czyli błędu ciąg dalszy
W błędzie z punktu 5 byłem utwierdzony jeszcze długo. Idąc na punkt 6 byłem przekonany, ze do asfaltu dojdę tutaj (1), a w rzeczywistości poszedłem tak , jak pokazuje czerwona linia. Po dojściu do asfaltu w głowie miałem tylko jedną myśl – odnaleźć charakterystyczne „kolanko”(2), a potem dopiero zacząć myśleć i orientować się dalej. W rzeczywistości miałem je już za dawno sobą. Na szczęście szybko zorientowałem się co narobiłem, gdy doszedłem do wioski, a tam nie było żadnego zakrętu. Szybko zawróciłem i już po chwili byłem na właściwej drodze ku szóstce.
Mniej więcej w punkcie oznaczonym(3) znalazłem wyjeżdżoną drogę, która nie była oznaczona na mapie, ale kierowała wprost na PK. Postanowiłem, że przejdę jeszcze kawałek do ostrego zakrętu, który upewni mnie w tym miejscu i ewentualnie zawrócę do pasującej mi drogi.
Po kilku metrach był przewidywany zakręt, tak wiec zrobiłem szybki nawrót
i już po chwili byłem na polu pełnym górek i siedzących/stojących oraz spisujących kody uczestników (z rozmów wynikało, że było tutaj przynajmniej kilka tras) na
każdej z nich. Spokojnie przeszedłem koło nich wszystkich i spisałem punkt ze swojej górki na której, nie wiedzieć czemu, nie było nikogo. Szóstka była moja.
PK7

Z siódemką nie było problemów – trasa prosta. Jak po sznurku. Zszedłem na główną drogę, od której odchodziło rozwidlenie w kształcie odwróconej litery Y (1). Wybrałem drogę bardziej na wschód i już po chwili po pokonaniu łuku byłem przy zepsutym przepuście (2). Następnie niecałe 200 metrów do samotnej chatki (3). Swoją drogą straszną musieli mieć noc jej mieszkańcy, z powodu ujadających na każdego uczestnika psów. Od chatki poszedłem drogą na południe mijając po drodze dochodzącą od tyłu drogę, skrzyżowanie i, gdy byłem na kolanku(4), zacząłem liczyć parokroki. Po doliczeniu około 150 metrów wszedłem na końcówkę grzbieciku, gdzie czekał na mnie lampion. Jeszcze chwilka oglądania terenu dookoła, czy aby na pewno spisuję dobry punkt i po chwili siódemka była moja.
PK8
Z siódemki poszedłem kawałek grzbietem, by dojść do poprzecznej drogi, którą z kolei miałem trafić na drogę biegnącą mniej więcej z północnego wschodu na południowy zachód. Bez większych przeszkód dostałem się nią do drogi asfaltowej, chociaż musiałem raz skorzystać z kompasu, by nie zboczyć przypadkiem na lepszej jakości drogę, ale prowadzącą zupełnie nie w moim kierunku.
Za asfaltem sytuacja wydała się początkowo zła. Sieć skrzyżowań (1), która miała mnie doprowadzić do kolanka w wąwozie prowadzącym w okolice PK nie istniała. Jednak po chwili marszu w kierunku wąwozu udało się znaleźć biegnąca w nim drogę. Po przekroczeniu ”mostku” między dziurami popełniłem tutaj kolejny błąd, ale pociesza mnie to, że dopadł on nie tylko mnie ale i kilku innych uczestników. Po prostu pomyliłem drogi wchodząc na szczyt. Byłem przekonany, że zdobywam ósemkę z drogi na wschód od niej, dodatkowo zignorowałem ostrą skarpę (2). Na szczęście dzięki zorientowaniu mapy i widoku wijącej się zboczem drogi zorientowałem się w sytuacji i już po chwili, idąc mniej więcej na azymut od końca zbocza, ósemka została spisana.
PK9 – chaszczowanie
Tutaj należą się ogromne brawa dla Szymona – budowniczego trasy. Punkt był epicki. Wyobraźcie sobie największe chaszcze, krzaczory, powalone drzewa i gałęzie jakie w życiu widzieliście… Potem pomnóżcie to przez 4 i zgaście światło. Punkt był ustawiony genialnie!
Z punktu kontrolnego 8 wszedłem na drogę wijąca się zboczem(1) i idąc nią na południowy wschód. Minąłem charakterystyczne skrzyżowanie z drogą wciętą (2) w teren, następnie przy kolejnym skrzyżowaniu skręciłem w prawo. Po chwili odnalazłem odchodzącą na zakręcie drogę (3) i miałem przed sobą górkę, za którą ustawiony był punkt.
Postanowiłem, że wejdę na niego od południa mijając pierwszy szczyt. W teorii była to prosta do wykonania rzecz. W praktyce, z uwagi na ogromną ilość powalonych i pociętych drzewek, nie dało się tam normalnie chodzić. Gdy dotarłem na szczyt, niestety nie znalazłem punktu. Zacząłem krążyć pomiędzy szczycikami, co, jak pisałem, nie było proste. Dwa razy zszedłem z góry, by wejść na nią ponownie, jednak natrafiałem tylko na punkty stowarzyszone. W pewnym momencie mając już w myślach ognisko z kiełbaskami postanowiłem nie tracić więcej czasu na szukanie punktu i spisałem punkt stowarzyszony, który był najbliżej moim oczekiwaniom. Tutaj przeważyło lenistwo i te piekielne gałęzie (oraz kiełbaska)!
PK10 – ognisko
Dojście na ognisko było już w zasadzie formalnością. Po zejściu z 9 na najbliższym skrzyżowaniu skręciłem w drogę biegnącą na zachód, by po chwili marszu dojść do kolejnej drogi, skąd widać było jeziorko w Borowie, a chwilę później również płomień ogniska. O dziwo przy ognisku było bardzo mało ludzi. Czyżbym był jednym z nielicznych, którzy tu dotarli? Nie miało to jednak większego znaczenia… Zasypiałem, a stopczas skutecznie mógł postawić mnie na nogi.
PK11 – Shrek
Gdy wypoczęty zobaczyłem kolejny punkt jaki mnie czeka, od razu pomyślałem, że skoro tematyką marszów jest Shrek, no to musi być i bagno. Punkt leżał w samym jego środku.
Z dziesiątki poszedłem drogą na północ, wybierając lewą odnogę przewróconej literki Y, by potem przesieką przejść kawałek w stronę asfaltu i ostatecznie po kawałku mieszania drogami, które w ogóle nie miały przełożenia, na to co mam na mapie. Wylądowałem nie wiedzieć czemu w okolicach skrzyżowania oznaczonego numerem. Prawdopodobnie znowu nie doszacowałem odległości i skręciłem za wcześnie.
Jeżeli już jakaś pomyłka następuje, to szybko należy ją skorygować. Tak też zrobiłem i ruszyłem „ciągłą” drogą na północny wschód, aż do momentu, gdy lekko odbijała w lewo (1) i po chwili, mniej więcej pośrodku wcięcia terenu (2) wbiłem się w las w kierunku PK, licząc cały czas parokroki. Już po chwili byłem na skrzyżowaniu, gdzie moja droga dochodziła do zakrętu (3). Stąd bez problemu odnalazłem przepust (4). Następnie wzdłuż rzeczki poszedłem do zakrętu strumyka, przeskakując co jakiś czas po przewalonych pniach drzew i resztkach lodu. Punkt udało się znaleźć bez większych problemów – wbrew oczekiwaniom dostępny był nawet suchą stopą.
PK12
Droga do dwunastki była w zasadzie formalnością. Idąc mniej więcej na północ doszedłem do drogi, którą poszedłem na zachód. Na skrzyżowaniu (1) złapałem azymut na dziurę, w której znajdował się punkt. Niestety, za pierwszym razem nie udało się go znaleźć – teren usiany był ogromną ilością dołów. Nie zrażony niepowodzeniem wróciłem na skrzyżowanie, złapałem azymut raz jeszcze, tym razem wstrzeliłem się w sam punkt.
PK13
Podobnie jak w przypadku dwunastki z trzynastką nie było problemu. Wróciłem do głównej drogi i poszedłem nią na północ do Wyspowa, po drodze mijając piękny zakręt, jezioro i przepust (1). Chwilę później z tyłu pod katem minąłem drogę. Potem wypatrywałem skrzyżowania, a zaraz za nimi wciętej drogi (2). Zaraz za nią czekały mnie dobijające drogi z lewej, których prawie nie było widać.
Tuż przed drugim wąwozikiem/wcięciem drogi (3) skręciłem drogą w prawo, by już po chwili zejść z niej i powędrować pod górkę po punkt. Ponownie punkt został zdobyty bez problemów.
PK14 – chodziłem z pewnością tam gdzie nikt dawno nie był
Czternastka okazała punktem pechowym, gdyż tutaj zgarnąłem mojego drugiego stowarzysza. Powodem znów było ogarniające mnie zmęczenie, ponieważ punkt był naprawdę prosty.
Z trzynastki dostałem się „na skuchę” do drogi biegnącej z północnego zachodu na południowy wschód. Doszedłem nią aż do skrzyżowania w kształcie Y (1), by z niego ściąć całość przez pole, a potem wzdłuż granicy kultur (2), gdyż łąka która zaznaczona jest na mapie, to aktualnie brzozowo-sosnowy młodnik.
Zszedłem do wąwozu, po czym przekroczyłem strumyk, następnie wdrapałem się na górę. Plan był taki, by idąc wzdłuż krawędzi wąwozu dostać się na górę. Nie przewidziałem jednak, że staną mi na drodze liczne chaszcze i szkółki leśne.
Po pokonaniu małego toru przeszkód udało mi się dojść do drogi, którą idąc i mijając mniejszą górkę doszedłem do skrzyżowania, gdzie odbijała moja droga. Już po chwili byłem w okolicach czternastki. Nie wiedzieć czemu, spisałem punkt, który nie pasował mi do mapy w ogóle – wynikało to z upływającego mi już czasu limitu spóźnień. Patrząc teraz na wzorcową mapę imprezy oraz – już wypoczęty – na mapę trasy nie mogę uwierzyć, że popełniłem tak dziecinny błąd.
Miejsce jest charakterystyczne pod dwoma względami – to piękny okrągły szczycik, a do tego bardzo łatwo namierzyć go dzięki małemu zbiornikowi wodnemu, nieco na północny wschód od punktu.
Tak więc, po spisaniu punktu który leżał jakieś 70metrów od właściwego ruszyłem dalej.
PK 15, PK 16
To, co wydarzyło się potem było jedną wielką katastrofą. Będąc zbyt pewnym siebie i mając mało czasu stwierdziłem, że zdołam jeszcze zdobyć punkty kontrolne 15 i 16. Zszedłem wiec do głównej drogi, cofnąłem się do skrzyżowania (1) i wybrałem drogę na południe.
Po dojściu do szkółki leśnej chciałem iść przesieką (2) wzdłuż niej. Okazało się jednak, że już nie istniała, tak więc szedłem do grzbietu nieco „na czuja”. Po chwili minąłem drogę którą można by podpasować pod biegnąca pod punktem 15. Następnie wszedłem na grzbiet i zacząłem szukać punktu – bez skutku.
Jako, że czas mnie gonił postanowiłem zrezygnować z piętnastki i udać się w kierunku szesnastki, jednak szybko zrezygnowałem również z tego zamiaru spojrzawszy na zegarek. Miałem tak mało czasu, że szukając tych punktów mógłbym wyjść poza limit spóźnień, a to mi się w ogóle nie uśmiechało – ruszyłem zatem ku siedemnastce.
Od opuszczenia skrzyżowania moja droga to niewiadoma – to, co wam prezentuje, to tylko hipotetyczny przebieg zdarzeń. Gdy nie znalazłem piętnastki zacząłem się w zasadzie orientować tylko kompasem, byle tylko jak najszybciej dojść do drogi biegnącej z Rumii. Udało mi się bez większych problemów dotrzeć do skrzyżowania, a stąd, lekko truchtając, dobiegłem do pierwszych zabudowań Rumii.
PK17 i meta
Dochodząc powoli do mety, ostatkiem sił chciałem zdobyć jeszcze jeden punkt – ustawioną bardzo wysoko w stosunku do mojego położenia siedemnastkę. Gdy z prawej strony doszła droga (1) skręciłem ostro w lewo przez pole i zacząłem wdrapywać się pod górę.
To był zdecydowanie największy wysiłek podczas tego marszu. Gdy dotarłem na szczyt musiałem się zatrzymać na kilka minut, bo nie byłem w stanie słyszeć swoich myśli z powodu swojego głośnego dyszenia.
Ku swemu przerażeniu, nie znalazłem tam punktu – nie miałem jednak czasu na dokładniejsze jego szukanie - czas naglił! Zszedłem szybkim krokiem grzbietem szukając punktu, jednak bez skutku. Gdy tylko stanąłem na płaskiej powierzchni ostatnie paręset metrów pokonałem truchtem wpadając cały mokry na metę (wreszcie).
Nigdy jeszcze nie byłem tak zmęczony po imprezie na orientację.
Błędy
Mimo, że ostatecznie zająłem spośród 34 zespołów 6 miejsce nie uważam tego startu za udany. Bynajmniej nie chodzi tutaj o wynik, jaki uzyskałem, ale o proste, wręcz szkolne błędy jakie popełniłem – czyli:
- Poszedłem na marsz zmęczony, po 4 godzinach snu – chyba największy błąd, z którego prawdopodobnie wynikła cała reszta pomniejszych błędów;
- Poszedłem samemu. Chodzenie w pojedynkę ma ten plus, że martwimy się tylko o siebie; nikt nas nie spowalnia, nie zagaduje, ale ma też wielki minus – nikt nas nie ocuci wołając „Hej przecież to idiotyczny pomysł” , albo po prostu nie zweryfikuje naszej decyzji;
- Nieoszacowanie odległości – z tego względu nachodziłem się zdecydowanie za dużo tracąc przy tym cenny czas;
- Wiele innych pomniejszych błędów.
Mimo popełnionych pomyłek uważam imprezę (jak z resztą za każdym razem) za bardzo udaną i już nie mogę doczekać się Darżluba – choć to według organizatorów rzecz niestety nie do końca pewna:(
A oto moja karta startowa:
Do zobaczenia na następnej imprezie!
- Wpisy powiązane tematycznie:
- Darżlub 3 – 4.12.11. Trasa Zaawansowana „Człowiek póty młody, póki się rusza”. Relacja z przejścia.
- Darżlub 4-5.12 – relacja z przejścia, trasa zaawansowana
- Relacja z trasy BT2 „Mów mi wuju”
- Utrudnienia. Punkty fałszywe – co to jest?

Kanał RSS 















Cześć, jestem Piotr Kopera. Piszę tutaj o szeroko pojętej orientacji w terenie:
kkk 19-07-2011 o: 08:53
Super opis!
Jestem bardzo początkujący, więc zapytam, żeby się czegoś nauczyć (a nie dlatego, że jestem najmądrzejszy): Szukając PK11, jak dotarłeś do asfaltu, czemu nie poszedłeś nim (asfaltem) na północny zachód? Żeby potem spróbować (w okolicach punktu 162.2) skręcić w prawo?
Pozdrawiam.
Piotr Kopera 19-07-2011 o: 11:31
Do asfaltu dotarłem w tym miejscu ponieważ nieco jeszcze rozluźniony po odpoczynku przy ognisku nie byłem w pełni skoncentrowany – stąd popełniłem pewnie jakiś szkolny błąd i pomyliłem drogi…
Sytuacja ta jednak była dość prosta do wyjaśnienia – trzeba było jak najszybciej dostać się do asfaltu(nawet na skuchę) a droga którą poszedłem akurat była w dobrym kierunku(oczywiście można się było wrócić ale po co – drogi asfaltowej i tak bym nie ominął)
To o czym piszesz w momencie dojścia do asfaltu oczywiście jest też dobrym rozwiązaniem ale według mnie ma jedną wadę… Drogi w które należałoby wejść to przesieki które mogą być widoczne ale nie muszą. Stąd łątwo je ominąć i wprowadzić się w jeszcze większe zakłopotanie.
Droga którą wybrałem jest niewiele dłuższa ale dawała mi ten komfort, że w razie czego punkt mogę zdobyć nawet na azymut. Co więcej w momencie skrętu w lewo w wąwozie droga jest bardzo charakterystycznie ułożona co tylko utwierdza człowieka w jego właściwej pozycji.
Nie znaczy to jednak, ze opcja którą zaproponowałeś jest zła – byćmoże drogi były bardzo widocznie i nie było by z nimi orientacyjnych problemów. Tutaj musiałby się wypowiedzieć ktoś kto szedł tamtą drogą.
Dzięki za komentarz!
Maila też odebrałem – zajmę się tym jak tylko wrócę do domu za kilka dni.